Chciałem być niewidzialny
Odkąd pamiętam, towarzyszyła mi nieśmiałość. Już jako dziecko czułem skrępowanie wśród ludzi. Kiedy przychodzili goście, potrafiłem się schować i nie wychodzić. Najchętniej stałbym się wtedy niewidzialny.
Przez długi czas nie rozumiałem, jak bardzo wstyd i poczucie, że nie jestem dość dobry, wpływają na moje życie i relacje z innymi.
Udawanie kogoś, kim nie byłem
Z czasem problem nie znikał. W okresie nastoletnim próbowałem stworzyć wersję siebie, która miała zasłonić lęk i brak poczucia własnej wartości.
Mój sposób patrzenia na świat opierał się wtedy na prostych zasadach. Jesteś tym, co masz. Jak cię widzą, tak cię piszą. Duma miała przykryć wszystko, czego sam w sobie nie chciałem widzieć.
Im bardziej dorastałem, tym bardziej traciłem radość i spontaniczność. Byłem trochę jak kwiat, który zamiast się otwierać, coraz mocniej chowa swoje liście. To, co miało mnie chronić, z czasem zaczęło tworzyć jeszcze więcej problemów.
Doszedłem do momentu, w którym reakcje lękowe przed kontaktem z ludźmi stały się bardzo silne. Przez mniej więcej rok niemal każdego ranka wymiotowałem na samą myśl o wyjściu na uczelnię.
Szukanie sposobu dla siebie
Próbowałem różnych rzeczy. Trafiałem na ludzi, książki i kolejne odpowiedzi, które przez chwilę wydawały się rozwiązaniem. Często później okazywało się, że osoby przedstawiające się jako przewodnicy same były zagubione.
W 2017 roku zainteresowałem się medytacją i pracą z umysłem. Medytacja bardzo mi pomogła, ale nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Po sesji robiło się lżej, jednak to, co wywoływało we mnie chaos, nadal tam było.
Z czasem książki związane z rozwojem i duchowością stały się moją pasją. Czytałem je jedną po drugiej. Do dzisiaj mam pudła wypełnione książkami, bo zwyczajnie nie mam już gdzie ich trzymać.
Momentem przełomowym było dla mnie poznanie prac Davida R. Hawkinsa i opisanej przez niego techniki uwalniania. Po raz pierwszy trafiłem na podejście, które nie zachęcało mnie do walki z tym, co czuję. Chodziło o coś zupełnie innego. O wejście głębiej w odczucie i pozwolenie mu być, zamiast kolejnej próby pozbycia się go.
Oczywiście przeczytałem wszystkie książki Hawkinsa, do których udało mi się dotrzeć. Sięgałem też po kolejnych nauczycieli i przewodników duchowych. Moje duchowe ego szybko uznało, że teraz wszystko jest już jasne i dalej może być tylko z górki.
Oj, jak bardzo się myliło.
Sama wiedza nie wystarczyła
Okazało się, że przeczytana książka nadal jest tylko książką. Może pokazać kierunek, ale nie wykona za człowieka właściwej pracy.
Dałem uwalnianiu prawdziwą szansę dopiero wtedy, kiedy ponownie dopadły mnie większe kryzysy. Na początku nie miałem pewności, czy robię to dobrze ani czy ta metoda w ogóle działa. Była to droga po omacku.
Wskazówki Hawkinsa wydawały mi się wtedy niewystarczające. Dopiero z czasem zrozumiałem, że właśnie takie miały być. Nie chodziło o kolejną skomplikowaną teorię, ale o praktykę i samodzielne poznawanie tego, co dzieje się we mnie.
Kiedy zacząłem dostrzegać pierwsze zmiany, praca z emocjami pochłonęła mnie całkowicie. Bywały okresy, w których poświęcałem na nią wiele godzin. Trwało to czasami przez całe miesiące.
Nie piszę tego po to, żeby sugerować, że każdy musi przechodzić przez ten proces w taki sam sposób. Ja po prostu czułem wtedy silną potrzebę skonfrontowania się ze swoim wnętrzem i zrzucenia ciężaru, który nosiłem przez wiele lat.
Zaczęło pojawiać się więcej miejsca
Najbardziej poruszające było dla mnie obserwowanie zmian, które zaczęły przychodzić naturalnie.
Pojawiała się większa odwaga i chęć spotykania się z ludźmi, mimo że wcześniej często od nich stroniłem. Wchodzenie w zwykłe interakcje stawało się łatwiejsze. Nie musiałem już za każdym razem zmuszać się do działania ani udawać kogoś, kim nie jestem.
Najważniejsze było jednak poczucie większej wolności.
Jeśli myślisz, że dzisiaj jestem całkowicie wolny od trudnych emocji i wszystkich swoich bolączek, to nie. Nadal czuję lęk, napięcie, złość i inne emocje. Różnica polega na tym, że nie reaguję już na nie tak jak kiedyś.
Czuję więcej spokoju i wiem, że jestem w stanie przejść przez kolejny kryzys. To daje mi ogromną ulgę, bo nie muszę już tak często ukrywać się przed życiem.
Dlaczego dzisiaj pracuję z innymi
Uwalnianie emocji praktykuję od około sześciu lat. Od dwóch lat prowadzę również inne osoby, korzystając z doświadczenia zdobytego podczas własnej pracy, medytacji, introspekcji i spotkań grupowych.
Nie dlatego, że mam już odpowiedzi na wszystko. Mam jednak doświadczenie drogi, która przez długi czas była dla mnie bardzo trudna. Wiem też, jak wiele może zmienić się wtedy, kiedy człowiek przestaje przed sobą uciekać i zaczyna uczciwie przyglądać się temu, co czuje.